Wjazd na metę - AUTHOR SELA MARATHON

… dalsi rok utekl jako voda a my vas vitame na startu 16. rocniku ceske MTB klasiky AUTHOR SELA MARATHON. Tak właśnie zaczął sie mój sezon startów rowerowych i moja przygoda z maratonami MTB. Miał to być (nie wiem skąd to przekonanie) lajtowy maraton prowadzący szutrowymi drogami. Prawdopodobnie to przekonanie wzięło się z analizy czasów zawodników z poprzednich lat.

Jednak było tak jak w informatorze zapisano, „Velkou promenou prosla trasa MTB 49 km …. a neynecha zadne technicke useky”, co mniej więcej znaczy ” Wielką przemianę przeszła trasa MTB 49 km … i nie pomija żadnych technicznych sekcji”. Przy czym, przeczytałam to dopiero po zawodach.

Ale po kolei. Start usytuowany był na Rynku w Lipniku na Becvou. Ustawiłam się z Dorotką w pierwszym sektorze, który przysługiwał najlepszym zawodnikom i kobietom. Przed startem speaker przeprowadzał wywiady z zawodnikami z naszego sektora i oczywiście jak to bywa podążył także w naszą stronę. Jednak stwierdził, że słabo zna język polski, więc nie zrobił z nami wywiadu, jednak przywitał nas jako gości z Polski bardzo serdecznie, wymieniajac z imienia i nazwiska, a także teamu, bo miałyśmy na sobie oczywiście stroje naszego klubu kolarskiego OPONY SERAFINOWSKI. Tak więc przez moment wszystkie oczy były zwrócone w naszą stronę.

Po starcie, jak to w wielkich wyścigach bywa, miała miejsce kraksa. Jednak ja sprawnie ominęłam ją, przeskakując na chodnik, prawie jak Peter Sagan, i udało mi się nawet bez szwanku, przejechać wąską bramę wyjazdową z starej części miasta. Po około 10 km dotarłam do zamku Helfstyn. Przejechałam przez dziedziniec i jedną z bram wyjechałam na zewnątrz zamku. Potem trasa prowadziła właśnie wokół zamku. Biorąc pod uwagę, że otoczenie zamków obronnych tak przygotowywano, aby nie można ich było łatwo zdobyć, to ten odcinek trasy przypominał raczej zawody XC. I tam właśnie miałam ochotę porzucić rower i zakończyć tę przygodę rowerową. Jednak zwalczyłam tę chwilowa depresję i pojechałam dalej. Miałam wrażenie, że jestem na jednym z maratonów Golonki. W momentach, gdy zaczynałam się cieszyć, że jadę szutrową drogą, następowała gwałtowna zmiana kierunku jazdy i skierowanie w drogę – nazwiijmy ją bardziej wymagającą umiejętności technicznych. Z pewnością singletracki na trasie cieszyły wielu, jednak w moim wykonaniu mogłoby nastąpić zjechanie do paru poziomów zakrętów niżej. A to nie byłoby zgodne z zasadą fair play, bo w ten sposób skróciłabym sobie trasę i mogła wyprzedzić kilku zawodników ;-)  Stąd też wykorzystywałam w takich momentach moje umiejętności biegowe.

Po kilkunastu kilometrach mruczałam tak sobie pod nosem ;-) , że brakuje tylko skałek. No i oczywiście okazało się, że Organizator nie zapomniał o takiej atrakcji.

Bardzo podnosiły mnie na duchu bufety. Na pierwszym z nich zjadłam kanapkę ze smalcem, pół drożdżówki, banana i wszystko to popiłam coca-colą ( i nie miałam żadnych dolegliwości żołądkowo-jelitowych). Pogawędziłam trochę z obsługą bufetu, w końcu też  im sie coś należy. Przecież niektórzy wpadają zasapani, chwycą jakąś wodę czy batona i pędzą dalej, nie wspominając o tych, co w ogóle nie zatrzymują sie przy nich, ignorując starania wolontariuszy.

Meta była na Zamku Helfstyn czyli drugi raz musiałam wjechać na górkę, na której go zbudowano. Ale co to był za finisz. Zbudowano specjalny podest, na który trzeba było podjechać, mając w nogach 49 km i 1277 m przewyższeń i z niego nie spaść. Nogi odmawiały już posłuszeństwa, ale publiczność dopingowała, no i nie można było dać plamy :)

Czas oficjalny: 4 godz. 56 minut 21 sekund

Miejsce OPEN  454/463 (23 zawodników nie ukończyło maratonu), w kategorii wiekowej – 9/11, wśród kobiet – 49/55.