szosa

Tym razem wyprawa z tego samego miejsca, ale w innym kierunku. Jeśli ktoś chce się sponiewierać na rowerze to jest to właśnie ta trasa. Góra – dół i tak non stop, przy czym podjazdy sztywne mało przyjemne. Kulminacja to podjazd na Malą Prasive. Chyba to nie był też „mój dzień”, bo wyjechałam tylko dlatego, że bałam się że zanim wypnę się z pedałów to odpadnę ze wzniesienia i nie wiadomo jak się to skończy – wyobraźnia działała, więc przeklinając ten podjazd dotarłam na szczyt.
Zjazd też nie należał do przyjemnych, gdyż:
– trzeba było jechać z minimalną prędkością ze względu na przełomy odprowadzające wodę (przejechanie po nich z pełną prędkością na rowerze szosowym skończyłoby się koniecznością centrowania kół),
– hamulce w rowerze szosowym to praktycznie atrapa w porównaniu do hamulców w rowerze górskim. Stąd też potwornie bolały mnie palce od zaciskania hamulców.

Po sobotniej wyprawie uznałam, że w niedzielę nigdzie się nie ruszam. Dzień spędziłam na leżaku pokładając się ze śmiechu czytając książkę Projekt „Rosie” autorstwa Graeme Simsiona.

Naukowiec o ścisłym analitycznym umyśle postanawia znaleźć w końcu żonę. Język jakim to jest napisane i sposób interpretacji zachowań innych ludzi przez bohatera powieści sprawia, że czyta się to jednym tchem. Wieczorem książka była już przeczytana.
I jeszcze jedno – na okładce mamy rowerzystę, żeby nie było, że nie w temacie ;) Polecam